W dobie jachtów kabinowych z „wygodami" nasza czwórka postanowiła spędzić wakacje na DZ - czyli szalupie wiosłowo-żaglowej. Są to: Przemek - kapitan a zarazem wachta 3; Piotrek -1 of. - wachta 2; Tomek - 2 of. - wachta  4 oraz Maciej - 3 of. wachta l. Już na samym początku wszyscy patrzyli na nas jak na wariatów, lecz „pierwsze lody zostały złamane". Komendant HOM Szczecin - Dąbie Pan Ryszard Palica bardzo miły człowiek, którego w tym miejscu pragnę pozdrowić widząc naszą żelazną brać przekazał nam do dyspozycji domek gospodarczy. Wiedział przecież „że i tak swoje dostaniemy na wodzie". Następnego dnia rozpoczynamy „wielkie przygotowania". Trzeba przecież: Napełnić butle;

zdobyć mapy; kupić prowiant; umyć jacht; ształować itd. Wreszcie 03.08.96 o godzinie 1140 żegnamy się z „bracią żeglarską" portu Szczecin - Dąbie, oddajemy cumy i wypływamy. Ten pierwszy dzień to przede wszystkim dostrajanie jachtu i nas do żeglugi. Nocleg k/Inoujścia „przy Betonowcu" (wraku barki z betonu stojącej na mieliźnie). Po walce z komarami z radością witamy nowy dzień. Tuż przed wejściem na Roztokę-Odrzańską mijamy armadę jachtów powracających z regat rodzinnych. Piękny widok! Nasza „żelazna czwórka" zapięta szczelnie sztormiakami od stóp do głów, gdy tymczasem znaczna ilość mijających nas załóg korzysta z kąpieli słonecznych. Podczas odprawy granicznej mają miejsce dwa wesołe zdarzenia:

1) Gdy okazało się iż mamy za mało egzemplarzy listy załogi. Po wypisaniu brakujących egzemplarzy Piotr (I Of.) poszedł do Bosmana aby ten przybił pieczątkę. Wchodząc do bosmanatu Piotr przedstawia problem i mówi iż jest z tej DZ-ty która niedawno wchodziła. Bosman popatrzył na niego nieufnym wzrokiem i powiedział „A ja myślałem że to jest jacht...."

2) Podczas gdy Piotr był u Bosmana, ja z dokumentami załogi poszedłem do WOP-istów. Niestety paszport I oficera się Panom nie podobał, więc jeden zlecił drugiemu aby zadzwonił „do Portu" . A oto ścieżka dźwiękowa: Dzwoń do portu... Dobra! po dłuższej chwili / co???! Słychać muzykę?!! Po kilku nieudanych próbach wreszcie nastąpiło połączenie. Po przeliterowaniu imienia i nazwiska jeden ze strażników krzyknął do słuchawki szukajcie pod „G”.

Po drugiej strome granicy w Ueckemunde prowadzi kanał (a właściwie rzeka Uecker), tak więc wejście i wyjście było dla nas treningiem iście kulturystycznym (l os ster, 2 os wiosła, l os oko). Po odbiciu od kei z wolna rozpoczęliśmy „poranną rozgrzewkę" na wiosłach. Po chwili mijał na statek niemieckich służb granicznych. Po oddaniu salutu banderą i przyjaznych pozdrowieniach statek zwolnił do naszej prędkości, a kapitan spytał czy robimy to z przymusu czy dla przyjemności, bo do wyjścia z kanału statek i tak musi respektować ograniczenie prędkości, więc mógł by nas poholować. To było coś! Wspólnie doszliśmy do wniosku, że po powrocie do Polski i tak nikt nam nie uwierzy! A tymczasem takiej sympatii był to początek.

Płynąc do Penemunde trzeba „pokonać" dwa mosty zwodzone. Wiedząc o niemieckiej dokładności staraliśmy się być zawsze jak najbliżej przejścia. Niestety w obu przypadkach nic to nie pomogło. Niemieckie jachty wyposażone w silniki gładko i bez niepotrzebnej nerwówki przechodziły w oznaczonym czasie, gdy   dla nas przedłużano czas otwarcia mostu. Nie koniec na tym. Pracownicy obsługi tych mostów nie poganiali nas a nawet serdecznie pozdrawiali!!! Do Penemunde dotarliśmy 8 sierpnia, po 6 dniach żeglugi. Nocowaliśmy jednak nie w porcie jachtowym, lecz w dawnym porcie wojskowym. Zrobiło to na nas przygnębiające wrażenie. Wszędzie jak okiem sięgnąć setki ton betonu i stali podwójne zasieki, wieżyczki strażnicze itp. Stało tam kilka małych statków wycieczkowych i......Piękny drewniany żaglowiec. Wraz z I of. udaliśmy się na poszukiwania Haffenmiestra.

Właściciel żaglowca wyjaśnił nam iż tu nikogo takiego nie ma. Zaprosił nas też na swój jacht i tak zaczęły się „długie żeglarzy rozmowy". Na początku z dumą oprowadził nas po swym królestwie (SS 86 „KONDOR"), Jacht ten to blisko 100 - letni .......siatek wielorybniczy. A że była to konstrukcja, która „nie lubiła silników", więc jej nikt nie chciał. Przyjaciel naszego kapitana „załatwił" mu ten jacht i teraz trwa remont. Następnie rozmawialiśmy, a właściwie dyskutowaliśmy na temat stateczności wzdłużnej, poprzecznej; zrównoważenia żaglowego itd. Rozmowa była bardzo ciekawa, każdy z uczestników przekonywał pozostałych do „zalet" swojego jachtu", tak więc pożegnaliśmy się nie dochodząc do konsensusu. W wyniku błędnego przygotowania przed rejsowego nie udało się nam zwiedzić wyrzutni pocisków VI i V2. Następnego dnia wykonaliśmy skok na Rugię. Do małego porciku ( którego w Polsce chyba nikt nie zna) Gager. I tak rozpoczął się „powrót do domu". Najgorszy był ostatni dzień w Niemczech, gdyż z marek zostało tylko wspomnienie a na dzień żeglugi mięliśmy po trzy kromki chleba testowego i po 1/2 konserwy. Prawdziwa uczta rozpoczęła się po odprawie w Nowym Warpnie. Po uzupełnieniu zapasów zorganizowaliśmy „wystawną kolację" na świeżym powietrzu. To było coś! Następnie zwiedziliśmy malownicze zakątki Zalewu Szczecińskiego :J. Wieko Wielkie, okolice Wolina itd.. Jedną noc spędziliśmy na kotwicy, a ponieważ poranny deszcz przerwał odpoczynek podwachty, więc podnieśliśmy kotwicę i ruszyliśmy do Stopnicy. Piękny Bagsztag spowodował iż dotarliśmy do portu w porze rannej. J znów piękny widok. Wszyscy dookoła budzą się, robią śniadanie, gdy tymczasem my - szybko klar, namiot i spać!!! III of. tymczasem uzupełniał wiadomości teoretyczne i nagle zauważył jacht typu Nefryt, który próbował wejść do kanału sportowego w Stopnicy. Na dziobie pojawił się jegomość w kąpielówkach z cumą w ręku, który skoczył do wody, dopłynął do brzegu, przeciągnął jacht kilka metrów itd. Te „prace" powtórzył kilka razy. III of. ze stoickim spokojem wylazł ze śpiwora i spytał jegomościa na czym ta zabawa polega? Wówczas okazało się, że jegomość wybrał się w rodzinny rejs, lecz niedaleko wejścia do kanału sportowego wypadł klin z wału korbowego, co zaowocowało jego wysunięciem i całkowitą blokadą płetwy sterowej. Następnie całą naszą czwórką udzieliliśmy pomocy sympatycznej rodzinie wypoczywającej razem, co uchroniło kpt. Nefryta od kolejnych kąpieli.

Ostatnią noc spędziliśmy w zatoczce kwadrat (niedaleko Szczecina). Jak się dowiedzieliśmy kanały w trzcinach o niezwykłej głębokości ca 4 [m] były przewidziane jako „schron" dla niemieckich okrętów podwodnych....... Rejs zakończyliśmy o dzień wcześniej, ponieważ podczas kąpieli I of. stanął na szkle (butelka po wódce) - efekt: cztery szwy.

Namawiam wszystkich do odwiedzenia Zalewu Szczecińskiego Z Żeglarskim pozdrowieniem Załoga S/Y Soplica